Wróciłam po pracy do mieszkania, zdjęłam buty i od razu zrozumiałam, że coś jest nie tak.
Dmitrij stał na środku salonu, z założonymi rękami, twarz miał napiętą.
— Musimy porozmawiać.
Zastygłam z torebką w dłoni.
— Dzisiaj jadłem kolację z Andriejem — powiedział, nie czekając na odpowiedź. — On i jego żona mają osobny budżet. Każde z nich płaci za siebie. Słusznie, uczciwie, po dorosłemu.
Powiesiłam powoli płaszcz.
— I co chcesz przez to powiedzieć?
— Nasz rodzinny budżet jest niesprawiedliwy — wypluł. — Ja co miesiąc płacę ratę kredytu za mieszkanie, ogromną. A ty wydajesz swoje pieniądze, jak ci się podoba. W cywilizowanym świecie każdy jest odpowiedzialny za siebie. Jedz osobno, ubieraj się osobno, baw się osobno. Mam dość utrzymywania wszystkich.
Spojrzałam na niego uważnie. Czekał na łzy. Awanturę. Ale byłam zbyt zmęczona na histerie.
— W porządku. Od jutra każdy osobno.
Dmitrij zamrugał.
— Czyli się zgadzasz?
— Absolutnie. Dziękuję, że poruszyłeś ten temat. Rzeczywiście, najwyższy czas zrobić trochę porządku.
Poszłam do kuchni, wyjęłam sałatkę z lodówki, usiadłam do stołu. Dmitrij postał jeszcze chwilę jak wryty, potem poszedł do sypialni. Ja otworzyłam laptop.
O drugiej w nocy tabela była gotowa. Dziewięć lat małżeństwa, wszystkie paragony zachowane — jestem osobą drobiazgową.
Opłaty za media. Benzyna do jego samochodu — nigdy nie zatankował sam. Prezenty dla jego rodziców. Leki dla jego ojca. Zakupy — jego ulubione steki, drogi ser. Wakacje, w całości opłacone przeze mnie. Kwota końcowa robiła wrażenie.
Rano, kiedy spał, otworzyłam osobne konto i przelałam na nie wszystko ze wspólnej karty. Zadzwoniłam do administratora budynku i poprosiłam o podział rachunków. Wyłączyłam jego pakiet telewizji premium.
Wieczorem kupiłam dla siebie jamón, świeżą bagietkę i butelkę wytrawnego czerwonego wina. Wróciłam do domu, przygotowałam talerz i usiadłam do kolacji. Dmitrij wrócił pół godziny później, zajrzał do lodówki.
— A dla mnie?
— Nie wiem. To ty chciałeś, żeby każdy był odpowiedzialny za siebie.
Zmarszczył czoło, wyjął pielmieni i zaczął je w milczeniu gotować. Ja dalej jadłam, delektując się każdym kęsem.
Minął tydzień. Dmitrij jadł gotowe dania i zamawiał z dowozem. Ja gotowałam dla siebie to, na co zawsze miałam ochotę, ale czego nie robiłam — jemu to nie smakowało. Owoce morza. Warzywne zapiekanki. Lekkie sałatki. Patrzył na moje talerze z ledwo ukrywaną zazdrością.
W piątek wieczorem powiedział:
— Słuchaj, może już skończmy te żarty? Mogłabyś gotować dla dwojga.
— Mogłabym. Ale nie będę. Zasady ustaliłeś ty.
— Ale wtedy żartowałem! Obraziłaś się?
— Nie. Po prostu się zgodziłam.