Brat zadzwonił w niedzielę po kielichu, rozczulony. Dziękował, że przez tyle lat "nie robiłam afery" o to, że ojciec przepisał gospodarstwo na niego. Ojciec wciąż mówi, że "wszystko będzie po równo".
Gdyby Wiesiek zadzwonił godzinę wcześniej, pewnie bym odebrała od razu. Ale telefon zadzwonił w momencie, kiedy kroiłam cebulę do bigosu, miałam mokre ręce i w kuchni grało radio. Zobaczyłam jego imię na wyświetlaczu i pomyślałam - oddzwonię za chwilę. A potem oddzwoniłam i usłyszałam to, co usłyszałam. I od tamtej niedzieli nie mogę przestać o tym myśleć.
- Jolcia - powiedział tym swoim ciepłym, odrobinę za głośnym głosem. - Jolcia, ja ci muszę powiedzieć, że ja cię szanuję. Wiesz? Szanuję.
Wiedziałam od razu, że pił. Wiesiek trzeźwy nie mówi takich rzeczy. Trzeźwy Wiesiek mówi o cenach nawozów, o tym, że traktor trzeba wymienić, o tym, że tata znowu nie chce iść do lekarza. Ale po dwóch, trzech kieliszkach robi się sentymentalny i wtedy dzwoni.
Mam na imię Jolanta, od dwudziestu lat stoję za ladą w osiedlowym sklepie spożywczym w Lublinie. Małym, na parterze bloku przy ulicy, którą miejscowi wciąż nazywają starą nazwą.
Wiesiek jest ode mnie młodszy o trzy lata, mieszka na gospodarstwie pod Lublinem, tym samym, na którym oboje dorastaliśmy. Z tą różnicą, że to gospodarstwo od dwudziestu pięciu lat jest jego. Przepisane, zaaktowane u notariusza, wszystko jak trzeba. A ja - jak to mówi ojciec - ja i tak dobrze sobie radzę, bo mam zawód w ręku.
- Jolcia, ja wiem, że mogłaś mieć pretensje - ciągnął Wiesiek. - Inne by miały. Kryśka Walczaków, pamiętasz? Do dziś się sądzą o te dwa hektary. A ty ani słowem. Ani jednym słowem.
Milczałam. Trzymałam telefon przy uchu i patrzyłam na cebulę na desce, na bigos, który czekał na ostatni składnik, i czułam, jak coś mi narasta w gardle. Nie płacz. Coś ostrzejszego.
Bo Wiesiek mówił to tak, jakby robił mi komplement. Jakby moja wieloletnia zgoda na to, że dostał wszystko, a ja nic, była dowodem mojej szlachetności. A nie tego, czym była naprawdę - strachu