Zgłosiłam się po wypłatę z jego ubezpieczenia na życie. Powiedzieli, że świadczenie już trafiło do uposażonego. Uposażonym nie byłam ja.
- Pani Jadwigo, świadczenie zostało już wypłacone.
Kobieta zza biurka powiedziała to tak spokojnie, jakby informowała mnie, że skończył się papier w drukarce. Patrzyła w monitor, nie na mnie.
- Jak to wypłacone? - Poprawiłam się na twardym krześle. - Przecież akt zgonu przyniosłam dopiero dzisiaj.
- Osoba uposażona złożyła wniosek wcześniej. Pieniądze trafiły zgodnie z dyspozycją.
Na kolanach trzymałam teczkę, w której wszystko poukładałam jak kiedyś dokumentację na dyżurze: akt zgonu Romana, umowę ubezpieczenia, dowód. Przez trzy miesiące od pogrzebu zdążyłam się nauczyć, że papier załatwia się papierem. ZUS, bank, spółdzielnia, notariusz - wszędzie pytali o to samo i wszędzie się zgadzało. A tu, w ciasnej agencji przy Żeromskiego, nagle nie zgadzało się nic.
- Ja jestem żoną - powiedziałam, chociaż ona widziała to w systemie. - Byłam żoną przez trzydzieści dwa lata.
Spojrzała na mnie pierwszy raz tego ranka. Miała w oczach tę ostrożną litość, której nie znoszę. Sama przez trzydzieści lat na oddziale patrzyłam tak na ludzi, którym za chwilę miałam powiedzieć coś, czego nie chcieli usłyszeć. Wiedziałam dokładnie, jak to wygląda. Nie wiedziałam tylko, jak to jest stać po tej drugiej stronie biurka.
- Proszę pani, osobę uposażoną wskazuje ubezpieczony - dodała łagodnie. - To nie wchodzi do spadku. Naprawdę nie mogę podać nazwiska.