Spotkałam byłego męża w kolejce do apteki, po piętnastu latach. Powiedział, że druga żona zostawiła go dla kogoś młodszego. Roześmiał się: "Wiesz, teraz cię rozumiem".
Gdyby ktoś mi powiedział, że po piętnastu latach pierwsze słowa Bogdana będą brzmiały jak przeprosiny - roześmiałabym się głośniej niż on tamtego dnia w aptece. Ale życie lubi pisać sceny, których żaden scenarzysta by się nie odważył wymyślić.
Stałam trzecia w kolejce, z receptą na leki na ciśnienie i żelem do stawów w koszyku, kiedy usłyszałam za sobą głos, który kiedyś znałam lepiej niż własny. Trochę niższy, trochę bardziej zachrypnięty, ale ten sam rytm, ta sama maniera przeciągania samogłosek.
- Lucyna? Lucyna, to ty?
Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę, którego prawie nie poznałam. Bogdan schudł, posiwiał, nos mu się jakby zaostrzył. Miał na sobie czystą, ale wyraźnie nieświeżą kurtkę i trampki, które kiedyś by na siebie nie założył. Dawny Bogdan nosił tylko skórzane buty - mawiał, że mężczyzna poznaje się po obuwiu.
- Bogdan - powiedziałam i sama nie wiedziałam, czy to powitanie, czy stwierdzenie faktu.
Pracuję jako fryzjerka w Lublinie od trzydziestu lat. Mam swój mały salon na parterze bloku przy Głębokiej, dwie stałe pracownice i kalendarz zapełniony na trzy tygodnie do przodu. Syn Arek skończył studia, córka Maja prowadzi kwiaciarnię na Czechowie. Radzę sobie. Nie wspaniale, nie bogato - ale radzę sobie. I przez te piętnaście lat od rozwodu nauczyłam się, że radzenie sobie jest wystarczające.
Bogdan odszedł, kiedy miałam czterdzieści trzy lata. Dla Patrycji, dwunastoletnio młodszej dziewczyny z działu marketingu w firmie, w której pracował jako kierownik magazynu. Klasyka. Zostawił mnie z dwójką nastolatków, kredytem za remont łazienki i zdaniem, które pamiętam do dziś: - Nie chcę być z kimś, kto się już poddał.
Wtedy myślałam, że umrę. Nie dosłownie - ale ten rodzaj bólu, kiedy ciało funkcjonuje, a w środku jest kompletna pustka. Przez pół roku strzyżono moje klientki, a ja nie pamiętałam żadnej z tych fryzur. Ręce pracowały same, głowa była gdzie indziej. Krysia, moja sąsiadka z drugiego piętra, przynosiła mi rosół w słoiku i stawiała pod drzwiami, bo wiedziała, że nie otworzę.
Potem minął rok. Potem dwa. Potem pięć. Dzieci dorosły, kredyt się spłacił, a ja któregoś ranka obudziłam się i zorientowałam, że od tygodnia nie pomyślałam o Bogdanie ani razu. To był dobry tydzień.