— Oni przyjdą wieczorem — powiedziałam.
— Wiem. Pytanie brzmi, czy chce pani ich uniknąć, czy pozwolić im pokazać zamiary.
Spojrzałam na dyplom leżący na moich kolanach.
Jeszcze rano byłam kobietą, która marzyła tylko o tym, żeby dzieci były ze mnie dumne. Teraz siedziałam z dowodami, że moje dzieci chciały wykorzystać mój najpiękniejszy dzień jako okazję do zabrania mi domu.
Poczułam wstyd.
To dziwne, jak krzywda potrafi najpierw uderzyć w ofiarę, nie w sprawcę. Przez moment pomyślałam: może to moja wina, że ich tak wychowałam. Może za dużo dawałam. Może za często ustępowałam. Może nauczyłam ich, że matka to ktoś, kto zawsze przesunie się na brzeg stołu, żeby innym było wygodniej.
A potem przypomniałam sobie słowa z mojej pracy dyplomowej: „Granica postawiona po latach milczenia nie jest agresją. Jest odzyskaniem podmiotowości.”
Podniosłam głowę.
— Nie będę uciekać z własnego mieszkania.
Profesor Majewska skinęła powoli.
— W takim razie przygotujemy się.
Wieczorem w moim salonie pachniało herbatą i ciastem cytrynowym. Upiekłam je rano z myślą, że po ceremonii przyjdą może chociaż na chwilę. Teraz leżało na talerzu jak dowód mojej naiwności, ale nie wyrzuciłam go. Niech zobaczą. Niech zobaczą, że matka, którą chcieli oszukać, czekała na nich z ciastem.
Kuba siedział w kuchni. Profesor Majewska była w pokoju obok, oficjalnie jako moja gościni i pełnomocniczka. Za jej radą telefon leżał na stole, nagrywając rozmowę. Nie było w tym nic teatralnego. Był tylko porządek. Prawda lubi porządek, kiedy długo żyła w chaosie.
O dziewiętnastej zadzwonił domofon.
Paweł wszedł pierwszy, z teczką pod pachą. Za nim Marta, elegancka, z bukietem chryzantem kupionych chyba na stacji benzynowej, bo jeszcze miały naklejkę z ceną. Dorota została w korytarzu, rozglądając się po mieszkaniu tak, jak ogląda się lokal przed remontem.
— Mamo! — Marta zawołała z wymuszoną radością. — No i jak nasza pani magister?
— Magister prawa — poprawiłam spokojnie.
Paweł uśmiechnął się krzywo.
— No tak, no tak. Nasza prawniczka.
Kiedyś takie słowa sprawiłyby, że zaczęłabym się tłumaczyć. Teraz zaprosiłam ich do stołu.
— Napijecie się herbaty?
— Nie mamy dużo czasu — powiedział Paweł. — Chcieliśmy pogratulować i omówić kilka spraw.
Marta położyła kwiaty obok mojego dyplomu, ale nawet na niego nie spojrzała.
— Mamo, jesteśmy z ciebie dumni, naprawdę. Tylko wiesz, wszyscy mamy obowiązki. Nie mogliśmy być na ceremonii.
— Rozumiem.
Paweł otworzył teczkę.
— Właśnie dlatego musimy uporządkować rzeczy, zanim będzie za późno.
— Za późno na co?
Dorota usiadła na brzegu fotela.
— Pani Ireno, proszę się nie denerwować. Chodzi o pani komfort.
Pani Ireno.
Nagle nie byłam mamą. Byłam problemem administracyjnym.
Paweł przesunął dokumenty w moją stronę.
— To pełnomocnictwo. Standardowe. Dzięki temu będę mógł załatwiać sprawy w banku, urzędzie, spółdzielni. Wiesz, żebyś nie musiała się męczyć.
Wzięłam kartkę i zaczęłam czytać.
Nie pobieżnie, jak kiedyś. Nie ufnie. Czytałam linijka po linijce. Paweł po minucie zaczął się wiercić.
— Mamo, nie musisz tego analizować jak na egzaminie.
— Dlaczego nie?
— Bo to zwykła formalność.
— Formalność dająca ci prawo do sprzedaży mojego mieszkania?
Marta natychmiast podniosła głos.
— Nikt nie mówi o sprzedaży.
— Dokument mówi.
Paweł zacisnął szczękę.
— Mamo, ty nie rozumiesz praktycznych konsekwencji. Mieszkanie jest duże, czynsz rośnie, jesteś sama. Myśleliśmy o mniejszym lokum dla ciebie. Może nawet w ośrodku senioralnym z opieką.
— Myśleliście.
— Tak, bo się martwimy.
— Dziwne, że martwicie się dopiero wtedy, gdy moje mieszkanie można sprzedać.
Marta wstała.
— To jest właśnie to. Ta twoja podejrzliwość. Od kiedy zaczęłaś te studia, zrobiłaś się niemożliwa.
Paweł westchnął z udawaną cierpliwością.
— Widzisz, mamo? To nie jest normalne. Ludzie w twoim wieku odpoczywają, cieszą się wnukami, a ty siedzisz z dwudziestolatkami i myślisz, że świat cię oszuka.
Wtedy drzwi kuchni otworzyły się i wyszedł Kuba.
Paweł zbladł.
— Co ty tu robisz?
Kuba stanął obok mojego krzesła.