Darmo. Bez stresu. Bez umów.
Stałam z mokrym jabłkiem w ręce i nie mogłam się ruszyć. Nie dlatego, że mnie to zabolało - bo zabolało, i to bardzo. Ale dlatego, że uświadomiłam sobie, że tak właśnie Sylwia to widzi. Nie jako przysługę, nie jako poświęcenie, nie jako coś, o co powinna prosić i za co dziękować. Tylko jako oczywistość. Darmo. Mama to mama.
Nie powiedziałam jej, co słyszałam. Umyłam jabłka, zabrałam dzieci do parku i siedziałam na ławce, patrząc, jak Olek goni gołębie. Myślałam o koleżance z oddziału, Marysi, która po przejściu na emeryturę pojechała z mężem na wycieczkę do Chorwacji. O sąsiadce Basi, która zapisała się na jogę i chodzi na basen trzy razy w tygodniu. O Zdzisławie, który co wieczór mówi - no to kiedy ten remont łazienki - a ja odpowiadam, że nie mam siły.
Wieczorem, po powrocie do domu, usiadłam przy stole i napisałam do Sylwii wiadomość. Krótką. Pisałam ją dwadzieścia minut, kasowałam, pisałam od nowa. Na końcu zostało jedno zdanie: "Córeczko, musimy porozmawiać o organizacji opieki nad dziećmi, bo tak jak jest, nie dam rady długo."
Wysłałam i siedziałam z telefonem w ręku, czekając. Odpowiedź przyszła po trzech minutach. Jedno słowo: "Ok". Bez pytajnika. Bez - co się stało, mamo. Bez - przepraszam.
Ok.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy Sylwia zrozumie, czy się obrazi, czy zacznie szukać niani, czy powie - no to kto mi pomoże. Nie wiem, czy będę umiała stanąć przed nią i powiedzieć to, czego nie powiedziałam przez dziesięć miesięcy - że jestem zmęczona, że moje kolano wymaga operacji, że chciałam mieć inną emeryturę. Że ją kocham, ale nie jestem darmowa.
Wiem jedno. Kiedy wczoraj wieczorem Zdzisław zapytał, co mi jest, powiedziałam mu coś, czego nigdy wcześniej nie powiedziałam na głos.
- Ja też mam swoje życie. Jeszcze mam.
Patrzył na mnie chwilę, potem kiwnął głową. Wstał, zrobił mi herbatę i powiedział cicho:
- No to może w końcu zrobimy ten remont łazienki.
I jakoś tak wyszło, że ta łazienka - obdrapana, z kafelkami z lat dziewięćdziesiątych, z kranem, który kapie od pięciu lat - stała się w tamtym momencie najważniejszą rzeczą na świecie. Bo oznaczała, że jest coś, co mogę zrobić dla siebie. Że jest jeszcze jakieś "moje".
Dzisiaj rano nie pojechałam pod szkołę. Zadzwoniłam do Sylwii i powiedziałam, że muszę iść do lekarza z kolanem.
To prawda. Ale to też było moje pierwsze "nie" od września.