go patrzył w okno. Ja nie zagadywałam, czekałam.
- Mamo, ja nie chciałem cię oszukiwać - zaczął w końcu. - Po prostu... za każdym razem myślałem, że następny miesiąc będzie lepszy. Że się ogarnę. I że wtedy oddam wszystko naraz. A potem znowu brakowało i było mi wstyd prosić, ale jeszcze bardziej wstyd nie prosić, bo wtedy musiałbym powiedzieć, jak naprawdę wygląda moja sytuacja.
Patrzyłam na niego i widziałam chłopca, który w trzeciej klasie schował sprawdzian z trójką za szafę, bo obiecał mi, że dostanie piątkę. Tę samą twarz miał teraz - poczucie winy zmieszane z nadzieją, że mama jakoś to wyprostuje.
- Bartek, ja nie jestem bankiem - powiedziałam. - Mam emeryturę. Jedną. I ty ją dostajesz kawałek po kawałku, a ja potem nie mogę sobie kupić porządnych butów na zimę.
Spuścił głowę.
- Wiem.
- Nie chcę, żebyś mi oddawał - powiedziałam, choć kosztowało mnie to dużo. - Nie tę sumę. To nie jest pożyczka, Bartek. To były prezenty, bo ja za każdym razem wiedziałam w głębi duszy, że nie zobaczę tych pieniędzy. Ale chcę, żebyś przestał mówić, że oddasz. Bo to jedyne, co mnie naprawdę boli - nie pieniądze, tylko kłamstwo.
Siedzieliśmy potem długo przy tej herbata. Bartek opowiadał mi rzeczy, o których wcześniej nie mówił - że Agnieszka chce zwiększyć alimenty, że samochód zjada więcej niż zarabia, że myślał o drugiej pracy, ale wtedy nie miałby kiedy jeździć do Hani.
Słuchałam i rozumiałam. Naprawdę rozumiałam - sama po śmierci męża Zygmunta ciągnęłam ten zakład fryzjerski na strzępach nerwów, bo alternatywą był ZUS i czekanie na cud.
Ale zrozumienie to jedno. A dawanie pieniędzy, których się nie ma, to drugie.
Kiedy wychodził, powiedział:
- Mamo, nie będę już pożyczał. Obiecuję.
Uśmiechnęłam się, bo co innego mogłam zrobić. On też obiecywał, że odda.
Ten kalendarz leży teraz na wierzchu sekretarzyka. Nie chowam go. Nie wyrzucam. Może dlatego, że jest jedynym dowodem na to, że przez cały rok robiłam coś, o czym powinnam była powiedzieć głośno - liczyłam straty.
A może dlatego, że wierzę, iż nowy rok będzie pusty. Że nie będzie w nim żadnych ołówkowych notatek. Choć gdybym miała postawić na to swoje ostatnie pieniądze - nie postawiłabym.
Są takie rzeczy, których matka nie powie synowi. Na przykład to, że kiedyś przestajesz wierzyć w jego obietnice - i że to boli bardziej niż brak pieniędzy. Bo pieniądze to tylko pieniądze. A zaufanie do własnego dziecka - to coś, czego nie da się odłożyć na konto, ale kiedy zniknie, czujesz to jak pustą szufladę, w której kiedyś było coś ważnego.